poniedziałek, 5 stycznia 2015

"Jeżeli we mnie wie­rzysz wiem, że mi się uda bo czu­ję two­je wsparcie. Jeżeli nie wierzysz też wiem, że się uda bo muszę ci to przecież udowodnić."

Z perspektywy Rocket 
Chyba wszystkich poza mną zaskoczył plan Evy. Osobiście podejrzewałam, że dziewczyna będzie zdolna do takiego posunięcia. Siedzący naprzeciwko nas Cody gapił się na nią z uchylonymi ustami, a Xander wyglądał jakby dokładnie analizował każde wypowiedziane przez szatynkę słowo. Siedzący za biurkiem Farell złożył dłonie w wieżyczkę i przymknął oczy.
- I co wy na to? - Spytała w końcu niepewnie.
- Nie będziemy cię narażać. Nie mam mowy! - Warknął Cody rozeźlony.
- Aha, świetnie! Xander, powiedz, że to dobry pomysł! - Poprosiła Eva, przenosząc wzrok na chłopaka. Ten nadal wpatrzony w podłogę, zaprzeczył ruchem głowy.
- Nie lubię zgadzać się z Codym, ale teraz muszę. Nie możemy narażać cię na takie niebezpieczeństwo. - Stwierdził spoglądając na dziewczynę. Eva przeniosła wzrok na mnie, jakby szukała we mnie wsparcia.
- A ja tam uważam, że młoda mogłaby sobie poradzić. - Powiedziałam stanowczo, tym samym zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych. - No co tak patrzycie? Skazujecie ją na porażkę tylko dlatego, że jest niedoświadczona. A prawda jest taka, że ona ma największe szanse w zdemaskowaniu swojego ojca. Jeśli Jean nam pomoże, rzecz jasna. - Popatrzyłam wymownie na Xandera.
Prawda była taka, że jeśli ja byłabym w tej kwestii nieugięta i obstawałabym za małą, to on koniec końcem też by uległ. Z naszej dwójki zawsze to ja byłam tą, która pakowała nas w kłopoty. On miał za zadanie nas z nich później wyciągać.
- Nawet jeśli byśmy się na to zgodzili, to mamy zaledwie trzydzieści godzin, żeby namówić na to Morena, obmyślić szczegółowy plan, oraz wtajemniczyć we wszystko Evę. - Zaczął wyliczać na palcach, spoglądając to na mnie, to na szatynkę.
- Zapomniałeś o Cameronie. - Odezwał się Farell, biorąc cygaro do ust. - Nie myślę, żeby był optymistycznie nastawiony do tego pomysłu. A nie zrobilibyśmy tego bez jego zgody, bo wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby się zdenerwował.
- No właśnie. Cameron. Z nim też trzeba to jakoś obgadać, co zapewne nie będzie łatwe. - Westchnął Xand.
- Ja mogę to zrobić. - Zaoferowała się Eva. - Jeśli zgodzicie się na ten plan, pogadam z Morenem i Cameronowi też wszystko wyjaśnię.
- No właśnie! A ja pomogę! - Dodałam dobitnie.
- Czemu wy się tak na to uparłyście? - Spytał Cody, patrząc na nas z irytacją.
- Dlatego, że mojemu ojcu chodzi też w dużym stopniu o mnie. Zwłaszcza, kiedy odda nam trójkę z siedmiorga dzieci, na których mu tak cholernie zależy. - Wyjaśniała, a ja co chwilę kiwałam głową na znak, że całkowicie się z nią zgadzam. - A poza tym jestem jego córką, więc prawdopodobieństwo że mnie skrzywdzi czy w ostateczności zabije jest dużo mniejsze, niż gdyby spotkało to przypadkową osobę. - Wzruszyła ramionami. Byłam z niej niemal dumna, kiedy z taką odwagą tym mówiła, chociaż może mojego udziału w tym nie było.
- Jeżeli przekonacie Morena i Camerona w ciągu godziny, to może to przemyślimy. - Mruknął Xander, patrząc na nas ze złośliwym uśmiechem. Patrzyłam jak entuzjazm Evy momentalnie się ulatnia. Wstałam i stanęłam naprzeciwko chłopaka, mierząc się z nim wzrokiem.
- Wiesz co Parker? Normalnie powiedziałbym, że to nie możliwe, ale specjalnie dajesz nam tak mało czasu, więc udowodnię ci, że jednak można to zrobić.
- Doprawdy? Idziesz w zakład, że chociaż jeden z nich się nie zgodzi? - Spytał z kpiną. Podświadomie zdawałam sobie sprawę z tego, że specjalnie mnie prowokuje, żeby się dowiedzieć, czy uda mi się to zrobić, ale nie mogłam mu tego darować.
- Umowa stoi. - Uścisnęłam mu rękę. - Co możesz mi zaoferować, jeśli wygram? - Uniosłam do góry jedną brew i przejechałam językiem po górnej wardze, lustrując Xandera od dołu do góry.
- Co zechcesz. - Mruknął uwodzicielsko. Nie powiem, trochę mnie tym zdziwił, bo Parker rzadko okazuje takie uczucia przy ludziach, ale nie interesowało mnie to w tamtej chwili. Ruszyłam w stronę drzwi, a Eva zaraz za mną.
- Zakładam, że to mi przypada to trudniejsze zadanie, czyli przekonanie Camerona? - Mruknęła pod nosem. - Nie zdziw się, jeśli usłyszysz krzyki i wycie syren. - Powiedziała skręcając w odpowiedni korytarz.
Bez zbędnego pukania weszłam do biura Luisa i korzystając z okazji że go nie ma, nalałam sobie wody w szklankę i usiadłam za jego biurkiem, zakładając nogi na stół i prezentując moje nowe, czarne koturny. Chłopak wszedł po około dwóch minutach i przez chwilę patrzył na mnie dziwnie.
- Oczywiście, rozgość się. - Powiedział w końcu, nie żałując sobie sarkazmu.
- Taki mam zamiar. - Uśmiechnęłam się szeroko. - Muszę pomówić z Morenem. I to szybko.
- Możesz tylko w obecności psychologa...
- Nie ma na to czasu. - Przerwałam mu, ziewając. - Daj mi klucze od jego celi, z resztą poradzę sobie sama. Mogę też zrobić to w bardziej niekonwencjonalny sposób i zakraść się tam, znokautować strażnika, po czym zabrać mu klucze i w ten sposób z nim pogadać. Jak wolisz. - Wzruszyłam niedbale ramionami, strzepując z dżinsowych szortów nieistniejący pyłek. Blondyn patrzył na mnie przez chwilę, jakby kłócił się sam ze sobą i grymas jego twarzy przyprawił mnie o atak śmiechu.
- No dobra... - Rzekł w końcu z rezygnacją. - Ale szybko i bez stresu. I mam nadzieję, że Farell o tym wie. - Popatrzył na mnie podejrzliwie. Pokiwałam energicznie głową a ten sięgnął do gablotki i wyjął z niej odpowiedni klucz.
- Spokojna twoja rozczochrana! Ciotka Rocky jeszcze nikomu krzywdy nie zrobiła! - Oznajmiłam głośno, z szerokim uśmiechem. - Znaczy, prawie nikomu. - Dodałam już ciszej, wymykając się na korytarz.
Znalezienie Morena było nie lada wyzwaniem biorąc pod uwagę, że budynek agencji jest wielki, a ja jakoś nie bardzo się jeszcze w nim odnajdywałam. Ale dobra, nie takie rzeczy się robiło. Zeszłam do piwnic, gdzie śmierdziało wilgocią i natychmiast natknęłam się na osiłka, rodem jakiegoś marnego filmu akcji.
- Mogę w czymś pomóc? - Zapytał, chociaż pytanie brzmiało tak naprawdę: Po coś ty tu przylazła, kobieto?! Nienawidzę takich gości. Nicky by powiedział, że w takim przypadku należy udawać zimną sukę i pokazać mięśniakowi, gdzie jego miejsce.
- Chcę porozmawiać z Jeanem Morenem. - Warknęłam chłodno do osiłka, ale ten ani drgnął.
- Nie mogę pani wpuścić. Proszę wyjść. - Odrzekł grzecznie, aczkolwiek stanowczo. Ja z natury jestem grzeczną dziewczynką, tylko łatwo się wkurwiam.
- Możesz dać sobie spokój. Nie przyszłam się tu kłócić... - Warknęłam mijając gościa, ale ten złapał mnie za ramię.
Pociągnęłam jego rękę, czego ten w ogóle się nie spodziewał, po czym wykręciłam mu ją na plecach i podstawiłam nogę, żeby się przewrócił, jednak facet był ode mnie silniejszy, jak na szanującego się osiłka przystało, więc pchnęłam go tylko na ścianę, w którą ten uderzył głową. Nie na tyle mocno, żeby mu się coś stało, ale wystarczająco, aby go na chwilę zamroczyło. I wtedy, bez zbędnych komplikacji powaliłam go na ziemię. Szybko odpięłam mu pas z bronią i odrzuciłam go na bok, wyjmując wcześniej kajdanki. Skułam mu ręce na plecach, jedną obręcz przekładając przez pręty drzwi jednej z cel tak, żeby nie mógł wstać. Osiłek zaczął mamrotać coś pod nosem, czym jeszcze bardziej mnie zdenerwował.
- Na przyszłość wiedz, że ja grzecznie proszę tylko raz! - Warknęłam i poprawiając kołnierzyki i rękawy czerwonej koszuli, ruszyłam w stronę celi, w której miał znajdować się Jean.
Brunet siedział po turecku na pryczy i przyglądał mi się badawczo. Chyba słyszał, jak rozprawiam się z tamtym gościem, bo minę miał, jakby chciał zwymiotować.
- Ej, ale nie zemdlejesz mi tu. No nie? - Spytałam uśmiechając się w możliwie przyjacielski sposób.
- Tamto było niechcący... - Mruknął obserwując mnie, kiedy zamykałam za sobą drzwi i siadałam obok niego. Kiwnęłam głową.
- Jutro wracasz do Zacka. Robimy wymianę. - Powiedziałam patrząc przed siebie i bawiąc się złotym pierścionkiem, który dostałam od Xandera na ostatnie urodziny.
- Ale ja nie wiem, czy po tym, co usłyszałem na jego temat, chcę jeszcze do niego wracać. Jak tak teraz siedzę i o tym myślę, to było sporo okazji, żebym mógł zacząć się czegoś domyślać, ale ja po prostu nie chciałem. To, że dzieci nigdy nie wychodziły poza teren domu, że nie chodziły do szkoły, ani nawet do sklepu po zakupy. Że zawsze były takie jakby dziwne i milczące. Sztuczne. Wszechobecna ochrona i monitoring, oraz ciągłe telefony i wyjazdy, rzekomo w sprawach służbowych. - Wymieniał, rąbiąc palcami cudzysłów w powietrzu. - To jest jakiś chory człowiek i ja się boję do niego wracać. Tym bardziej, że teraz już o wszystkim wiem. Myślisz, że mógłby zabić mnie przez to, że poznałem jego tajemnicę? - Spytał spoglądając na mnie ze strachem wymalowanym na twarzy.
- Myślę, że zależy mu na tobie, skoro zdecydował się na tę wymianę. - Przyznałam kiwając głową. - Każdy ma w sobie jakąś cząstkę dobra, ale Marshal zrobił już tyle złych rzeczy, że musi ponieść konsekwencje. - Powiedziałam. W rzeczywistości sama nie byłam wiele lepsza, ale nie o mnie teraz mówiliśmy. - Ale jeśli chcesz, możesz pomóc nam w uporaniu się z nim. - Popatrzyłam na chłopaka z nadzieją, że to zrobi.
Właściwie, to on i Eva byli naszą jedyną nadzieją i nie wiem, czemu Xander i reszta tak obstawali za tym, żeby tego nie robić. Fakt, było to cholernie ryzykowne, ale cała sprawa mogłaby się dzięki temu rozwiązać.
- Jak? - Zapytał po kilku długich minutach ciszy. - Nawet nie umiem strzelać. Nie miałbym z nim żadnych szans. - Szepnął. Popatrzyłam na niego szukając jakiejkolwiek oznaki, że próbuje się wymigać, ale on zarumienił się tylko i skubał nerwowo palcami materiał koszulki, w którą był ubrany.
- Marshalowi zależy na Evie. Jego biologicznej córce. Podczas wymiany zgłosi się z chęcią przyłączenia się do ojca. A ty udasz, że nadal zależy ci na Zacku i pomożesz nam zlokalizować miejsce, w którym trzyma te dzieci. Wtedy wkroczymy i go dopadniemy. - Przedstawiłam mocno skróconą wersję naszego planu. Chłopak analizował przez chwile moje słowa, po czym westchnął ciężko.
- Czyli miałbym udawać, że nie przejąłem się tym, że porywa dzieci?
- Tak, ale nie może to wyjść sztucznie. Po prostu nie możesz teraz się z nim rozstać i jednocześnie musisz jak najwięcej dowiedzieć się o jego planach. - Wyjaśniłam cicho, chociaż tak właściwie, to wcale nie było to potrzebne. Chłopak schował twarz w dłoniach i przez chwilę naprawdę było mi go żal. No bo serio, on się nie prosił o to całe gówno, a przez Zacka ma teraz przekichane. - To jak, pomożesz nam? - Złapałam go lekko za ramię, próbując dać do zrozumienia, że nie jestem mu wrogiem. Pokiwał głową wycierając łzy z oczu.
- Pomogę. - Wydusił z siebie prawie niesłyszalnie.
- To dobrze, bo mamy bardzo mało czasu. - Wstałam i ruszyłam w stronę drzwi, ale z końca korytarza dobiegł mnie jakiś dziwny dźwięk, a potem wiązanka przekleństw.
- Ty go tak załatwiłaś? - Spytał Cam wskazując na osiłka, nad którym już klęczał zmartwiony Luis.
- Sam się prosił. - Powiedziałam natychmiast, uśmiechając się do warkoczyka, który minął mnie bez słowa i szedł do Jeana. - I jak? - Spytałam idącą za nim Evę.
- Względnie dobrze, bo obyło się bez rękoczynów, ale Cami chce sam się przekonać, czy Jean nie ma złych zamiarów. - Wskazała palcem na Parkera, który wyglądał jakby mierzył się wzrokiem z Morenem. W rzeczywistości czytał mu w myślach i nie wiem, czy Jean był tego w ogóle świadomy.
- Ujmijmy, że nie ma złych zamiarów, ale... - Nie zdążył dokończyć, bo Eva już ruszyła w stronę wyjścia. Niemal biegiem poszliśmy za nią, żeby przekonać się, gdzie idzie.
- Jean nam pomoże! - Oznajmiła, bez pukania wchodząc do gabinetu Farella, w którym w dalszym ciągu przebywali Cody i Xander, ale pojawili się też Domi, Amir, Tris i Nicholas.
- Chwila! Nie powiedziałem, że skoro nie ma złych zamiarów, to pozwolę ci na ten szaleńczy pomysł. - Zaraz za nią wpadł Cameron, niemal przepychając mnie w drzwiach. - Nie zrobisz tego. To zbyt duże ryzyko. - Powiedział twardo i widać było, że nie zamierza o tym dyskutować.
- A tak dla jasności: nie pozwalasz mi, bo to zbyt niebezpieczne, czy nie pozwalasz mi, bo to ja mam jechać do Zacka? - Zapytała, patrząc ze złością na Parkera. Świetnie. Czyli jednak będzie kłótnia. Usiadłam na kolanach u Tristana, żeby wszystko lepiej widzieć.
- Nie pozwalam ci, bo to zbyt niebezpieczne i dlatego, że to właśnie ty miałabyś tam jechać. -  Odpowiedział Cam, zakładając ręce na piersi.
- Czemu wy wszyscy z góry myślicie, że mi się nie uda? - Krzyknęła z wyrzutem.
- Bo nie masz nawet podstawowego przeszkolenia. Masz szesnaście lat do cholery i nie wywieziemy cię Bóg wie gdzie, z tym psychopatą! - Wrzasnął Cam zaciskając pięści. Widać było, że powstrzymuje się, żeby na dobre nie wybuchnąć.
- Nie zapominaj, że mówisz o moim tatusiu. - Zakpiła Eva oglądając paznokcie. - A poza tym jak mam cokolwiek umieć, skoro niczego mnie nie uczycie? No prawie niczego, a zwłaszcza ty! -  Wytknęła mu, wskazując go palcem. - Sam mówiłeś, że twoje siostry były w moim wieku jak uczyłeś je prowadzić!
- Ale ty nie...
- Mam rozumieć, że jestem jakaś niedorozwinięta, czy po prostu nie chcesz? - Spytała chłodno.
- Robi się coraz ciekawiej. - Mruknęłam do Tristana, na co ten tylko się zaśmiał. Cami zaklął głośno i usiadł na krześle pod ścianą, chowając twarz w dłoniach.
- Naprawdę nie chcę się z tobą kłócić... - Warknął w końcu.
- To się nie kłóć. - Dziewczyna wzruszyła ramionami, siadając na oparciu sofy, zaraz obok Amira. - A zaskoczę cię, jak ci powiem, że przez ostatnie dni ćwiczyłam i opanowałam te całe czytanie w myślach i przyśpieszoną regenerację też? - Zaciekawiła się. Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc szok malujący się na twarzy warkoczyka.
- Jak to? - Wydukał w końcu.
- Tak to. - Wtrącił się Amir. - Nie mieliśmy z Nickym co robić, więc pomyśleliśmy, że trochę pomożemy małej i się udało. Poza tym dzisiaj rano uczyliśmy ją prowadzić i całkiem nieźle jej szło. -  Powiedział spoglądając ukradkiem na Nicholasa.
- Eva ma zdolność przyśpieszonej regeneracji, ale może ją kontrolować. - Wyjaśnił Bell, pochylając się na sofie. - To od niej zależy, jak szybko wyleczy ranę i czy w ogóle. Do tego czytanie w myślach, w którego okiełznaniu pomagał nam Toby, bo akurat nie miał co robić. I jakby nie było, z tymi dwiema umiejętnościami Eva już nie jest taka bezbronna. - Powiedział z uśmiechem nie schodzącym mu z twarzy.
- A żeby było jeszcze ciekawiej, to będąc z kimś złączona umysłem, mogę pozyskiwać od niego wiedzę tak, jak przegrywa się film z komputera na płytę. - Dodała Eva, patrząc gdzieś za okno.
- Fakt, że jest to czysta teoria i trzeba nauczyć ją jeszcze korzystać z tej wiedzy w praktyce, ale to w dużej mierze pomaga. - Nicky wyjął paczkę papierosów i miał zapalić jednego, ale Domi mu je zabrał i schował sobie do kieszeni. Blondyn wywrócił z niezadowoleniem oczami, ale kontynuował: - Od Amira pozyskała wiedzę na temat broni palnej i umie już ją rozróżniać i nazywać, ale trzeba nauczyć ją strzelać. Połowa roboty jest wykonana, więc nie wiem, w czym widzicie taki problem. - Skończył. Cam patrzył z niedowierzaniem to na Evę, to na chłopaków i gdybym nie przyłapała ich wczoraj na jednym z tych treningów, to pewnie sama byłabym tym zdziwiona.
- Czyli mam rozumieć, że zrobiliście to wszystko bez niczyjej wiedzy? - Spytał w końcu nie kryjąc urazy. Biedny Cami. O wszystkim dowiaduje się na końcu. Chociaż w sumie, Xander też nic nie wiedział.
- Miała być niespodzianka, ale jak już musisz wiedzieć... - Eva wzruszyła ramionami. - To jak? - Cami popatrzył po wszystkich i westchnął głośno. Wiedziałam, że kłóci się sam ze sobą, bo z jednej strony była na to gotowa, ale z drugiej cholernie się o nią bał. I słusznie. Ona pewnie też się bała, ale była do tego zdolna i należało dać jej spróbować.
-Może ty coś powiesz? - Warknął w końcu w stronę Xandera, który do tej pory stał oparty o parapet i w milczeniu wpatrywał się w widoki za oknem.
-A co mam powiedzieć? Jest gotowa, czy nam się to podoba, czy nie. Jeśli jej nie pozwolisz, to tylko dlatego, że się boisz, co jest zrozumiałe. - Wzruszył ramionami i odwrócił się w stronę brata, posyłając mu delikatny uśmiech.- Ale może to i racja, że lepszej szansy nie będzie. - Wpatrywaliśmy się wszyscy w Camerona. Nasz lider wyraźnie dawał mu do zrozumienia, że to od niego wszystko zależy, ale warkoczyk potrząsnął głową i westchnął głośno.
- Ja tego nie powiem. - Rzekł w końcu młodszy z braci. - Nie powiem, bo nie będę brał odpowiedzialności za to, co się później stanie.
- W takim razie zróbmy inaczej. - Xander uśmiechnął się i wydmuchnął z ust dym z papierosa. Rano zabrał mi całą paczkę, a przecież on nawet nie lubi tych smakowych. - Postanowiłem, że jednak pozwalam zrealizować ten pomysł, ale pod warunkiem, że udowodnicie, że Eva potrafi w pełni korzystać ze swoich zdolności, nie robiąc nikomu krzywdy. - Zadecydował nasz lider, patrząc na Evę z ciekawskim uśmiechem.
Nie musiał nikomu mówić, że ta dziewczyna go interesowała. Już od dawna niecierpliwił się na jej przemianę i nawet był trochę zawiedziony, kiedy jego ojciec przysłał opis jej przebiegu i nie wynikało z niego nic nadzwyczajnego, wręcz przeciwnie. U niej odbyło się to niemal nieodczuwalnie, więc teraz czekał zapewne na jej wielki wybuch.
Do wieczora wszyscy byli niezwykle zajęci a ja nie miałam co ze sobą zrobić, więc stwierdziłam, że zajrzę do Nicholasa. Siedział w zbrojowni i czyścił jeden z karabinów.
- Czy tylko ja mam ochotę wyskoczyć gdzieś do klubu? - Zapytałam siadając obok niego. Chłopak obdarzył mnie jednym z tych swoich szerokich uśmiechów, i spojrzał znad karabinu.
- Nawet nie wiesz, jak ja się stęskniłem za naszymi imprezami. - Stwierdził biorąc do ręki pełny magazynek. - Nawet w sumie mógłbym się upić.
- Przecież ty nie umiesz pić! - Pisnęłam parskając śmiechem. - Masz za słabą głowę!
- No wiem, ale mnie to dobija. Ciągle myślę o tym, jak Domi mógłby poradzić sobie w pace. I to jest tak cholernie przygnębiające...
- Wiesz, że jako drugie połówki powinniśmy być na to przygotowani. - Przerwałam mu wyjmując paczkę truskawkowych papierosów i częstując chłopaka, ale ten odmówił.
- Wiem, ale to i tak jest trudne...
-Po prostu nie myśl o tym na razie. Inaczej nożna zmarszczek dostać. - Uśmiechnęłam się, ale w rzeczywistości wcale nie było mi do śmiechu. Blondyn miał rację.  
Wyjęłam jednego i już miałam go podpalić, kiedy poczułam coś, jakby skurcz w okolicy brzucha. Syknęłam głośno i zgięłam się w pół, ale ułamek sekundy później Nicky kucał już przy mnie, ze zmartwieniem mi się przyglądając.
- Co jest? - Zapytał zaniepokojony, biorąc mnie pod ramię. Zaczęło kręcić mi się w głowie a chłopak westchnął i wziął mnie na ręce. - Idziemy do lekarza, maleńka. - Szepnął mi do ucha, wynosząc mnie z sali.
Nie wiedziałam, gdzie znajduje się część szpitalna, ale chłopak najwyraźniej tak, bo szybko mnie tam zaniósł, zatrzymując się tylko, żeby otworzyć drzwi. Szczerze, to naprawdę byłam zdziwiona tym, jak dużo siły jest w tym cherlawym ciałku. Chciałam mu to powiedzieć, ale siedziałam cicho, bo nawet oddychanie sprawiało mi dyskomfort. Brzuch już tak nie bolał, ale nadal wszystko rozmazywało mi się przed oczami. Posadził mnie na jakimś krześle w korytarzu i lekko zdyszany kucnął obok, odgarniając mi włosy z czoła.
- Dasz radę tu chwilę na mnie poczekać? - Zapytał przyglądając się mojej zapewne bladej jak ściana twarzy. Pokiwałam głową, więc zostawił mnie i gdzieś pobiegł, pewnie po lekarza. Usiadłam prosto, chcąc jakoś odzyskać ostrość widzenia, ale było to niemożliwe. Po chwili usłyszałam kroki i moment później obok mnie pojawiła się niska kobieta w kocich okularach, przyglądająca mi się badawczo.
- Możesz wstać? - Zapytała. Pokiwałam głową, chociaż oczywiście bez niczyjej pomocy było to niemożliwe.
Nicky pomógł mi przejść do gabinetu kobiety, która szła pierwsza, otwierając przed nami drzwi. Posadził mnie na łóżku, które stało pod ścianą a sam usiadł obok, nie puszczając mojej ręki. Dopiero po chwili się ocknął i oznajmił, że poczeka na korytarzu. Kobieta popatrzyła za nim znad okularów i spojrzała na mnie z ciepłym uśmiechem.
- Kręci ci się w głowie? - Zapytała uważnie mi się przyglądając.
Nigdy nie lubiłam chodzić do lekarzy, ale przyznaję, że wyjątkowo ta kobieta nie robiła na mnie nieprzyjemnego wrażenia.
- Trochę. - Przyznałam. - I boli mnie brzuch. - Lekarka nakazała, żebym zdjęła koszulę.
- Nie jesteś na nic chora, ani uczulona? - Zapytała podchodząc do biurka i zapisując coś w notatkach.
-Nie. - powiedziałam kładąc koszulę obok siebie.
- Miałaś ostatnio jaki wypadek, albo jesteś od czegoś uzależniona?- Pytała nie patrząc na mnie.
-Palę papierosy, ale rzadko. Ostatnio się biłam, ale nic mi potem nie było. - Odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Już dawno planowałam rzucić palenie, ale jak na razie udało mi się tylko je ograniczyć. Kobieta podeszła ze stetoskopem i zaczęła mnie osłuchiwać, co nie należało do najprzyjemniejszych przeżyć. Kiedy zjechała niżej, do brzucha, uśmiechnęła się zwycięsko i popatrzyła na mnie.
- Chyba znamy już przyczynę twoich problemów. - Oznajmiła, po czym zapisała coś w swoich notatkach i powiedziała, że mogę już się ubrać.
Założyłam koszulę i zaczęłam powoli zapinać guziki, patrząc na drzwi, w których chwilę wcześniej zniknęła lekarka. Po chwili pojawiła się z nico wyższą i młodszą blondynką, również ubraną w biały fartuch. Wręczyła jej swoje notatki.
- Doktor Monsen wykona ci wszystkie niezbędne badania. - Powiedziała, a radosny uśmiech nie schodził jej z ust. Trochę mnie to zaniepokoiło.
- Jak to, coś ze mną nie tak? - Spytałam kobietę, kiedy blondynka pomagała mi wstać. W sumie, nie było już to konieczne, bo mogłam sama chodzić, ale chyba robiła to dla większego bezpieczeństwa.
- Prawdopodobnie nie ma żadnych powodów do zmartwień. - Odpowiedziała przesadnie słodkim głosem. - Zrobimy tylko USG. - Oznajmiła uruchamiając jakąś aparaturę, po czym nakazała żebym zdjęła koszulę i położyła się wygodnie. Rozległo się pukanie do drzwi a chwilę potem wszedł Xander, wyraźnie zmartwiony.
- Nicholas mówił, że coś jest nie tak... - Powiedział podchodząc do mnie zdenerwowany i nie zwracając w ogóle uwagi na doktor Monsen.
- Moim zdaniem to typowe objawy. Trochę bardziej nasilone, ale typowe. - Powiedziała kobieta podchodząc do mnie i smarując mój brzuch czymś zimnym.
- Objawy czego? - Zapytaliśmy niemal jednocześnie. On ze strachem, ja bardziej z wyrzutem, bo zaczynał mnie już drażnić ten przesłodzony ton i wyraz twarzy lekarki.
- Och...to wy jeszcze nic nie wiecie! - Krzyknęła uradowana dziewczyna. W tamtej chwili miałam ochotę podejść i ją udusić. - Jesteś w ciąży. - Wyjaśniła przesuwając po moim brzuchu jakimś urządzeniem i jednocześnie wskazując małą, czarną plamkę na monitorze zawieszonym obok. Przełknęłam ślinę i popatrzyłam na Xandera, który jak zahipnotyzowany gapił się w mały punkcik na ekranie. Co ja takiego narobiłam?
Ta dam! Rocket jest w ciąży! Stwierdziłam, że mało jej w opowiadaniu i dlatego rozdział jest właśnie z jej perspektywy. W tej części miała już być wymiana z Zackiem, ale oczywiście jak to ja mam w zwyczaju, musiałam przedłużyć, więc rozdział jest nudny jak flaki z olejem. W ogóle to nie jestem z niego zadowolona, chyba dlatego, że przeważają dialogi, ale w następnym jest już lepiej.
 Mam w planach "zrobić dziecko" jeszcze jednej parze, ale nie będę zdradzała, której. Dowiecie się w następnych rozdziałach. Jednocześnie muszę dbać o to, żeby nie było zbyt słodko, bo póki co tak właśnie jest, więc walnę pewnie jakąś tragedię. Nie wiem tylko jeszcze, kto zginie, ale mogę zapewnić, że do zakończenia ubędzie kilku bohaterów. 
Całusy :*