poniedziałek, 4 maja 2015

Od ut­ra­ty życia gor­sza jest tyl­ko ut­ra­ta człowieczeństwa.

Z perspektywy Camerona
Pierwszym, co zobaczyłem po wyjściu z tunelu było ciało jakiegoś faceta w kałuży krwi. Pewnie ktoś inny będąc na moim miejscu zwróciłby na to większą uwagę, ale mnie nie interesowało wtedy nic, poza odnalezieniem Evy.
- Wszyscy nie żyją. - Potwierdził Amir doganiając mnie i kierując na mnie światło swojej latarki.
Przyłożyłem palec do ust nakazując mu ciszę a potem wskazałem w miejsce gdzie leżał trup. Zacząłem rozglądać się dookoła nasłuchując jednocześnie jakichś niepokojących dźwięków. Chyba znajdowaliśmy się w podziemiach, o których wspominał nam Kieran. Jeśli dobrze się orientuję, to było z nich jedno wyjście, nie licząc tunelu, który zawalił się przed kilkoma minutami. Ruszyłem szerokim korytarzem słysząc niepokojące dźwięki, z pewnością nie dochodzące w góry. Dopiero po przemierzeniu kilku metrów usłyszałem dziewczęcy śmiech, a raczej głośny, odbijający się echem chichot. Zamarłem na moment, a idący za mną Amir uniósł trzymany przez siebie pistolet kilka centymetrów wyżej, przygotowując się do oddania strzału. Domyślałem się, do kogo należał ten śmiech i na samą myśl, co właśnie może się wyprawiać serce mi stanęło. Przyśpieszyłem kroku idąc za dziwnymi odgłosami i po chwili razem z osłaniającym mnie Amirem znaleźliśmy się w szerszej części korytarza z metalowymi schodami prowadzącymi na górę. Tuż przy nich dostrzegłem kolejne ciało a cała podłoga była spryskana krwią w jednych miejscach bardziej, w innych mniej.
- Jeśli to robota Evy, to powinno już jej przejść, no nie? - Zasugerował cicho Amir, przysuwając się bliżej mnie. Pokręciłem przecząco głową, przełykając jednocześnie ślinę, bo było to jedynym na co w tamtej chwili było mnie stać.
W normalnych okolicznościach przejąłbym się bardziej znalezieniem stamtąd jakiegoś wyjścia, ale prawdopodobnie była tam rządna krwi Eva, dla której nie stanowiłoby większego problemu poderżnięcie gardła któremuś z nas. Amir miał rację. Zwykle po dokonaniu mordu ludzie się uspokajali, czasami mdleli lub płakali, nie do końca zdając sobie jeszcze sprawę, co takiego narobili. Jak po przejściu huraganu, kiedy dopiero wychodząc ze schronu orientujemy się, jak wielkie są zniszczenia. Przypadek Evy był zupełnie inny, bo miała potężniejsze zdolności a przemianę przeszła dużo łagodniej niż większość mutantów, także nikt nie wiedział, czego można się po niej spodziewać.
Usłyszałem chrzęst. Tak, jakby ktoś szedł po drobnych kamieniach i był tuż za mną. Natychmiast się odwróciłem i skierowałem światło latarki przed siebie. Stała dwa kroki ode mnie, przypominając demona z najmroczniejszych koszmarów. Włosy miała rozczochrane, całe w zakrzepłej krwi, a w oczach, w których nie można było odróżnić tęczówek od źrenic, nic nie można było dostrzec. Uśmiechnęła się do mnie i wyciągnęła delikatnie rękę. Popatrzyłem na jej zakrwawione paznokcie a później znowu na twarz, która również cała była ubrudzona w czerwonej cieczy. Nie byłem naiwny, a Eva stojąca przede mną z pewnością nie była sobą. Zacząłem szybko się zastanawiać jak ją stąd wydostać zanim zacznie brakować tlenu i to tak, żeby nie zrobić jej ani nikomu innemu żadnej krzywdy.
- Chodź do mnie. - Szepnęła a jej głos zaczął owijać się wokół mnie najpierw delikatnie, ale z każdą chwilą uciskając coraz bardziej aż w końcu miałem wrażenie, że zaraz zacznę się dusić, ale zaniosłem się tylko kaszlem.
Coś zdecydowanie było nie tak... Jakby próbowała mnie zahipnotyzować. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie dotknąć jej dłoni, nadal wyciągniętej w moją stronę. Wydawało mi się to najlepszym rozwiązaniem w tamtej sytuacji. Najpierw ujęła ją lekko a potem ścisnęła. W jednym momencie się ocknąłem i chciałem wyrwać, ale była silniejsza. Nic dziwnego, jej zdolności były teraz najpotężniejsze. Nie wiadomo, skąd w jej drugiej dłoni pojawił się nóż, którym przecięła moją rękę tuż przy łokciu. Krzyknąłem bardziej z zaskoczenia niż bólu i w tej chwili puściła mnie a z jej gardła wydobyło się głośne zawodzenie. Cofnęła się kilka kroków i przyłożyła ostrze noża do ust, delikatnie zlizując moją krew, która na nim została. Zgiąłem rękę próbując zatamować krwawienie i cofnąłem się odruchowo. Powinienem był coś zrobić. Cokolwiek, byleby tylko ją unieszkodliwić, ale nie byłem w stanie. To, jak się zachowywała i jak wyglądała było dla mnie zbyt dużym szokiem. W niczym nie przypominała mojej Evy i miałem dziwne wrażenie, że już nigdy nie będzie taka sama, jak jeszcze przed kilkoma tygodniami. Potknąłem się o coś i poleciałem na ziemię, a właściwie na coś miękkiego, co na ziemi leżało. Nie miałem odwagi by skierować światło latarki z Evy na podłogę bo bałem się, że dziewczyna gdzieś ucieknie. Ręką wyczułem w ciemności czyjeś palce a później dotknąłem wyżej a moja ręka pokryła się zimną już, gęstą cieczą. Nie miałem czasu, żeby dłużej skupiać się na czym, a raczej na kim właśnie siedzę, ponieważ nagle znalazła się przy mnie klęcząca Eva. Poruszała się z szybkością wampirów z filmów, a ja miałem wrażenie, że znajduję się właśnie w jakimś tanim horrorze, w którym niewątpliwie miałem grać ofiarę.
Amir gdzieś zniknął i miałem tylko nadzieję, że nic mu nie jest. Spróbowałem pierwszej rzeczy, jaka wpadła mi do głowy i w tamtej chwili wydawała się najlepszym rozwiązaniem. Wpływanie na umysły innych mutantów było dużo trudniejsze, niż normalnych ludzi, ponieważ silniej się bronili, ale nie było to niemożliwe. Spróbowałem nawiązać z nią kontakt wzrokowy, ale najwyraźniej wcale nie miała na to ochoty. Cały czas oświetlałem ją latarką więc kiedy pochyliła się nad trupem, z którego dopiero przed chwilą się zsunąłem, mogłem zobaczyć jak odgarnia mu grzywkę z czoła i uśmiecha się jakby obserwowała śpiące dziecko. Jakimś cudem udało mi się nie zwymiotować i wykorzystać moment, w którym nie była aż tak skupiona na mnie i wyrwać jej nóż z ręki. Odrzuciłem narzędzie gdzieś na bok i złapałem ją, kiedy próbowała je odzyskać. Dla Evy całkowita ciemność zdawała się nie przeszkadzać, co dawało jej znaczną przewagę. Jakimś cudem udało mi się spojrzeć jej w oczy i resztką siły woli nie odwróciłem wzroku.
Przez kilka ciągnących się w nieskończoność sekund wydawało mi się, że widzę w niej prawdziwego potwora. Kogoś, kim z pewnością nie powinna się nigdy stać. Kim żaden z nas, mutantów nigdy nie powinien być a prawda była taka, że w każdym kryło się to monstrum bez względu na to, czy przeszedł przemianę dwadzieścia lat temu, czy jest dopiero przed nią. A najgorsze w tym wszystkim było to, że my nawet nie mieliśmy na to wpływu. Bo przecież gdyby Eva była sobą, to nigdy nie posunęłaby się do morderstwa i to tak okrutnego.
I nie uderzyłaby mnie pięścią prosto w mój śliczny, kształtny nosek, co właśnie zrobiła! Okropnie bolał i miałem taką cichutką nadzieję, że nie jest uszkodzony, bo niewątpliwie odbiłoby się to na mojej urodzie. Oczywiście moja dziewczyna nie miała najmniejszej ochoty zostać zahipnotyzowana i jak najszybciej chciała odzyskać swoją ostrą zabawkę, co musiałem jej uniemożliwić. Zastanawiałem się, co ja do cholery mam z nią zrobić i gdzie podziewa się Amir? Wiedząc, że inaczej sobie z nią nie poradzę wykręciłem jej rękę. Musiało zaboleć, czego dowodem był syk wydobywający się z jej ust, ale nie miałem innego wyjścia. Na moje nieszczęście latarka wypadła mi z ręki i już po chwili poczułem jak jej zęby boleśnie wbijają się w moje palce. Posłałem jej wiązankę siarczystych przekleństw z nadzieją, że nie będzie tego pamiętać, kiedy będzie po wszystkim. Odnotowałem sobie również, żeby dokładnie sobie wszystko przemyśleć, zanim zechcę się z nią kiedyś pokłócić. Tak dla własnego bezpieczeństwa.
Starałem się jak najlepiej ją unieruchomić, ale wyślizgiwała mi się, prychając i sycząc przy tym jak rozwścieczony kot. Usłyszałem za sobą czyjeś kroki a po chwili ręce Evy zaczęły oplatać przeróżne liny.
- Miło, że postanowiłeś wpaść. - Warknąłem na Amira.
- Nawet nie wiesz, koleś, jak trudno było znaleźć w tych ciemnościach jakieś mocne liny. - Mówił chłopak a ja patrzyłem jak zręcznie robi kolejne supły dookoła rąk i nóg Evy. Nie byłem sadystą, więc co chwilę musiałem sobie powtarzać, że robimy to dla jej dobra i żeby nie mogła zrobić nikomu krzywdy.
- Tylko nie za mocno. - Upomniałem, kiedy związywał jej kostki.
Żadne przekonywanie się w duchu nie pomagało. Nadal miałem wrażenie, że żeby nie wiem, co złego robiła, powinienem wziąć ją w ramiona i wynieść stąd jak najdalej, a potem dać wypłakać się w swój rękaw nawet, jeśli chciałaby mnie przy tym zabić.
- Masz do czynienia z zawodowym uległym z wieloletnim stażem. Jakbyś był na więcej niż jednej sesji u państwa Rawlinson to sam umaiłbyś zrobić porządny węzeł. - Odgryzł się najwyraźniej kończąc swoją pracę. - Jak przetransportujemy ją na zewnątrz?
- To zależy, czy znalazłeś wyjście. - Odparłem przewieszając ją sobie przez ramię. Wiła się i próbowała gryźć, ale całe szczęście Al-Kadi naprawdę umiał ją unieruchomić.
- To zależy, co rozumiesz przez słowo wyjście. - Mruknął wymijająco a ja posłałem mu zniecierpliwione spojrzenie orientując się dopiero po chwili, że przez tę ciemność i tak nie może tego zobaczyć. - Jeżeli wyjście oznacza zatłoczoną alejkę prowadzącą do klubu ze striptizem, to jej nie znalazłem. Ale jeśli przez wyjście rozumiesz metalowe drzwi zamknięte na trzy spusty, to jestem w stanie cię do nich zaprowadzić! - Zakończył dobitnie a ja tylko wywróciłem oczami i poprawiłem nadal protestującą za moimi plecami Evę.
- Nie gadaj, tylko prowadź. - Poleciłem tracąc powoli cierpliwość. Nos nadal bolał i miałem nadzieję, że ci na górze radzą sobie lepiej od nas.
Amir skierował światło latarki na lewo, zaraz obok trupa z raną po postrzale tuż nad okiem. Eva musiała go zauważyć, bo przerwała na chwile swoje protesty i zaczęła śmiać się jak mała dziewczynka. Wdrapanie się po schodach podczas kiedy ona wyrywała się krzycząc przy tym najróżniejsze wyzwiska było nie lada wyczynem, ale w końcu stanąłem przed metalowymi drzwiami. Rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby nam się stamtąd wydostać, ale nic takiego nie zauważyłem. Zaniosłem się jedynie kaszlem, bo coraz trudniej było mi oddychać.
- Potrzeba kodu. Bez prądu automatycznie się zatrzaskują. - Stwierdził Al-Kadi oglądając urządzenie umieszczone przy drzwiach. Zasłonił sobie usta koszulką najwyraźniej chcąc ograniczyć wdychanie dymu z pożaru.
- Jak myślisz, jest tam ktoś jeszcze? - Zapytałem opierając się czołem o ścianę. Zmęczenie dawało mi się we znaki a szamocząca się Eva niczego nie ułatwiała.
- Musi być, nie zostawiliby nas. Poza tym pożar wybuchł na tyłach domu i może zdążyli już zacząć go gasić. Odsuń się. - Poprosił.
Odsunąłem się dwa kroki do tyłu przyglądając się, jak wyjmuje zza kurtki pistolet i zaczyna strzelać w drzwi w kilkusekundowych odstępach, aż do opróżnienia magazynku.
- Weź mój. - sięgnąłem do kieszeni spodni, ale on tylko machnął ręką.
- Nie możemy zostać bez broni... - Zamyślił się i zaczął chodzić w kółko. Ponownie zaniosłem się kaszlem, czując jak płuca wypełnia coś ciężkiego i duszącego.
- Mogę... Mogę spróbować połączyć się jakoś z chłopakami... - Podsunąłem. Co prawda już w tunelach tego próbowałem, ale najwyraźniej obaj byli za daleko.
Zamknąłem oczy i spróbowałem odsunąć od siebie wszystkie niepotrzebne myśli skupiając się jedynie na Domeinie i Xanderze. Powoli przestawałem zwracać uwagę na próbującą się oswobodzić Evę, ale trujący dym nie dał o sobie tak łatwo zapomnieć. Odkaszlnąłem i splunąłem czymś gorzkim na podłogę.
- Tak się kurwa nie da! - Warknąłem spoglądając na kumpla.
Przeczesał ręką włosy i podszedł do mnie uważając przy tym, żeby nie oberwać kopniaka od Evy, która chyba jako jedyna z nas nadal nie traciła energii. Swoją drogą do niej też zaczynałem już powoli tracić cierpliwość.
- Więc pozyskaj energię ode mnie. - Powiedział patrząc mi prosto w oczy. - Potrafisz to zrobić. -  Przez chwilę byłem w szoku, że w ogóle mógł zaproponować coś takiego.
- Ale robiłem to obcym ludziom! - Starałem się krzyknąć, ale z moich ust wydobył się tylko jakiś skrzek. - Nie zrobię ci tego!
- Nie mamy innego wyjścia, Cam. A ja ci ufam. - Kiwnął ponaglająco głową.
Przełknąłem głośno ślinę, hamując ponowny atak kaszlu i koncentrując się na pozyskaniu energii od Amira. Nie ukrywam, że było dużo prościej, kiedy moja ofiara sama mi ją oferowała. Przez tyle lat poznałem już swoje zdolności na tyle, żeby móc wykorzystać je w jak największym stopniu. Teoretycznie mógłbym wyssać z niego całe siły życiowe, ale wymagało to większego skupienia niż to, na które stać było mnie w tamtej chwili. Poza tym, chciałem od niego tylko tyle, ile naprawdę było mi niezbędne. Problem jednak polegał na tym, że podczas gdy rozpoczęcie całego procesu było niezwykle proste, to jego zatrzymanie wymagało sporego wysiłku. Próbowałem powoli wycofać się z jego umysłu, bo gdybym zrobił to zbyt gwałtownie, mogłoby odbić się to później na jego psychice. Kiedy tylko poczułem że łącząca nas nić pęka, Al-Kadi osunął się na kolana, a ja sam byłem prze chwilę bliski upadku. Posadziłem Evę na ziemi a ta zapatrzyła się w stronę schodów.
- Chcieli mnie zgwałcić. - Syknęła nienaturalnym tonem. Przechyliła głowę i uśmiechnęła się ukazując zakrwawione zęby. W tamtej chwili żałowałem, że mogłem to zobaczyć w nikłym świetle latarki upuszczonej przez Amira. - Zgwałcić mnie... - Powtórzyła jakby sama do siebie. - Wiesz co? Zajebiście było patrzeć, jak zdychają... - Szepnęła patrząc na mnie.
Przez moment wydawała mi się jeszcze bardziej przerażająca, ale starałem się nie brać do siebie jej słów tłumacząc sobie, że to wszystko przez przemianę. Przestałem zwracać na nią uwagę, kiedy zaczęła nucić coś sobie pod nosem i popatrzyłem na Amira, który powoli zbierał się z podłogi. Nie tracąc czasu ponownie spróbowałem nawiązać jakiś kontakt z którymś z chłopaków. Tym razem nawet dym mi nie przeszkadzał i po jakimś czasie zacząłem słyszeć delikatne szmery. Domein najwyraźniej też próbował się ze mną skontaktować, ale coś przeszkadzało nam w łączności. Osunąłem się na ziemię z nadzieją, że to wystarczy, żeby udało im się nas odnaleźć. Z minuty na minutę coraz lepiej jednak słyszałem obu braci i byłem już pewny, że po nas idą. Amir siedział pod ścianą chowając twarz w dłoniach i oddychając ciężko. Przynajmniej nie stracił przytomności, bo to oznaczałoby, że jest kiepsko. Chwilę później rozległy się krzyki i potężny huk. Ktoś wyrwał resztki drzwi z zawiasów i w kłębach dymu dostrzegłem Xnadera, Chrisa, Domeina i Cody'ego. Cała czwórka wpadła do środa, a mój młodszy braciszek natychmiast pochylił się nade mną z maską przeciwgazową. Xander i Chris zbiegli po schodach ale Domi natychmiast pośpieszył mi z wyjaśnieniami.
- Kieran mówi, że tam może być jakaś kobieta w ciąży. - Szepnął pomagając mi wstać.
Podszedł do Evy biorąc się pod boki jakby nie wiedział, co konkretnie ma z nią zrobić. Po chwili Przerzucił ją sobie przez ramię tak, jak ja wcześniej i nie zwracając uwagi na przekleństwa, jakimi zaczęła go obrzucać, ruszył z nią w stronę wyjścia. Wszędzie pełno było dymu i idąc dwa kroki za Cody'm prawie go nie widziałem. Na zewnątrz wcale nie było lepiej. Przez chwilę się czułem jak podczas nalotu policji na jeden z naszych domów parę lat temu. Wtedy też wszędzie pełno było czerwono niebieskich świateł policyjnych i z każdej strony słychać było strzały. Nie wiem, w której chwili Evie udało się wyswobodzić jedną rękę i zacząć dusić Domeina, ale nie potrafiłem zrobić nic, oprócz stania jak kołek i patrzenia, jak podbiega do niej Nicholas i bez cienia delikatności wbija jej igłę w szyję i wstrzykuje jakąś przezroczystą substancję. Naprawdę miałem ochotę go wtedy uderzyć za to, że tak ją potraktował, ale ona wtedy nie była sobą. W tym szale prawdopodobnie nawet nie czuła ukłucia. Prawda była taka, że byłem bezsilny i musiałem zdać się na umiejętności Bell'a.
Ktoś do mnie podszedł i zaprowadził do jednej z karetek, gdzie jakaś młoda kobieta zaczęła oczyszczać mi zadraśnięcie na ręce. Obok ktoś inny zajmował się jakimś małym rozpłakanym chłopcem z zadrapanym noskiem. Dziecko wyciągało rączki chyba po to, żeby ktoś wziął je na ręce, ale sanitariusze mieli za dużo pracy, żeby poświęcić mu więcej uwagi niż tyle, ile rzeczywiście konieczne. Popatrzyłem na chłopca z realnym współczuciem, kiedy dotarło do mnie, że prawdopodobnie nie ma na świecie kogoś, kto by je chciał i kochał tak, jak na to zasługiwało.
Brunetka sprawnie opatrzyła mi ranę i po chwili, z zabandażowaną od nadgarstka aż po łokieć ręką podszedłem do zapłakanego malca i wziąłem go na ręce. Przyczepił się rączkami do mojej bluzy niczym mały kotek. Przykryłem go kocem, na którym chłopiec wcześniej siedział i słysząc ogromny huk zrobiłem krok w stronę wyjścia z karetki, żeby zobaczyć jak dach domu zawala się a wraz z jedną ze ścian a w powietrzu unosi się coraz więcej dymu i żaru. Jeden ze strażaków pomagał Chrisowi prowadzić trzymającą się za brzuch młodą dziewczynę. Zacząłem rozglądać się dookoła w poszukiwaniu znajomej twarzy brata, a potem przytulając mocniej przestającego płakać chłopca spróbowałem jakoś dostać się do umysłu Xandera, niestety z marnym skutkiem. Wtedy jeszcze tłumaczyłem to sobie zmęczeniem, nie dopuszczając do siebie myśli o tragedii, która niezaprzeczalnie się wydarzyła.   
Hej :) Tytuł tyczy się chyba do Evy, a gif... Same wiecie.  Przyznam, że dopiero dzisiaj kończyłam ten rozdział i nie było żadnego sposobu, żeby bardziej go wydłużyć. Jedna z czytelniczek pisała, że mam nie zabijać Rocket... Więc po tym rozdziale już chyba się domyślicie, kogo postanowiłam się pozbyć :) A co do samego rozdziału, to sama nie wiem, co o nim myśleć... Wydaje mi się, że jest kiepski. Może nie beznadziejny, ale kiepski. No i podpowiem, że koniec już bardzo blisko. Wytrzymajcie ze mną jeszcze trochę :) I teraz się zastanawiam, czy robienie kolejnej części to rzeczywiście dobry pomysł... Tak czy owak piszcie, co myślicie :) A błędy poprawię w wolnej chwili. 
Buziaki! :*