wtorek, 6 maja 2014

Naj­gorszym mor­der­stwem jest za­bicie miłości

Po wczorajszych zajęciach z których wróciłam prawie po północy, byłam padnięta. Dlatego też nie sposób jest opisać moje oburzenie kiedy przed szóstą rano jacyś ludzie wpadli do mieszkania Caleba z bronią w ręku. Przestraszona przysunęłam się bliżej Bonnie która już zdążyła wziąć do ręki pistolet. Naliczyłam dziewięcioro ludzi ubranych w czarne stroje z kominiarkami na głowach. Wszyscy trzymali broń wycelowaną w Camerona i Caleba. Ci podnieśli się zdezorientowani do pozycji siedzącej, rozglądając się po pomieszczeniu. Popatrzyłam przelotnie na Parkera. Nie był wystraszony tylko bardziej...zaskoczony. To chyba dobre określenie.
-Klęknijcie w rozkroku i ręce na plecy.-Usłyszałam stanowczy głos mojej ciotki, która weszła do salonu ubrana w taki sam czarny kombinezon jak pozostali agenci, tyle, że nie miała kominiarki.-I nie próbujcie żadnych sztuczek, to nikomu nie stanie się krzywda.-Mówiła władczo w stronę chłopaków. Cam posłusznie dał się skuć jednemu z agentów
-O co znowu chodzi?-Spytał zirytowany Caleb stając twarzą w twarz z Margaret, ale zaraz dwóch mężczyzn powaliło go na ziemię.
-Dzisiaj w nocy z tajnego więzienia agencji uciekli Amir Al-kadi, Tristan Keynes, Trevor Hael i Nicholas Bell, porywając przy tym jedną ze strażniczek, Kasandrę Thomson. Siostrę Diany Thomson, naczelnika tego więzienia. I tak się składa, że to właśnie twój braciszek pomógł im zwiać.-Kobieta uśmiechnęła się i spojrzała na Cama z wyższością. Ten tylko przewrócił oczami.
-A co niby my mamy z tym wspólnego, jak nas tam nawet kurwa nie było?!- Rzucił wściekle w jej stronę, aż rudowłosa się odsunęła.
-A to skarbie, że tylko Caleb i ja wiemy, gdzie to więzienie się znajduje, więc oczywiste jest, ze to on pokierował tam Xandera. -Pokazała palcem na blondyna, po czym skierowała wzrok na Parkera.-A ty  nielegalnie opuściłeś zakład karny co jest równoznaczne z ucieczką.-Uśmiechnęła się złowrogo.
-Co ty pierdolisz?-Teraz już prawie krzyczał patrząc na nią z taką nienawiścią, jakby chciał się zaraz na nią rzucić.-Sama zaproponowałaś, żebym przyjechał, bo Eva nie była bezpieczna kiedy kręcił się tu ten morderca! Ty jesteś chora!-Kobieta słysząc to spoliczkowała go i sądząc po hałasie jaki temu towarzyszył, mogłam przypuszczać że musiało zaboleć.
-Owszem, proponowałam to zanim zorientowałam się jak ją wykorzystujesz!-krzyknęła do niego wściekła zerkając na mnie.-A przecież oboje wiemy, że ten związek nie miałby przyszłości zważywszy na to, że całe życie spędzisz za kratkami. A ona już niedługo zostanie agentką której zadaniem będzie tępić takich zwyrodnialców ja ty. Więc prędzej czy później musiałbyś złamać jej serce, rozstając się z nią.-Przerwała na chwile i spojrzała w moje załzawione oczy. Zastanawiałam się, co takiego strzeliło do głowy tej kobiecie. Bonnie obejmowała mnie a ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę, ze płaczę.-Jakieś życzenia?-Spytała go z nutką współczucia w głosie. Naprawdę zaczynałam nienawidzić tej kobiety.
-Szybka śmierć.-Chłopak odwrócił głowę w moją stronę i posłał mi smutne spojrzenie, po czym posłusznie dał się wyprowadzić z mieszkania.
Dopiero kiedy wszyscy wyszli i w mieszkaniu zostałam tylko ja, Bonnie i Margaret, rozpłakałam się na dobre. To wszystko przeze mnie. To dla mnie tu przyjechał ryzykując życie, więc to przeze mnie teraz go zabiją. Miałam ochotę wykrzyczeć mojej pojebanej ciotce, jak bardzo jej nienawidzę. Ona nic nie rozumiała, robiła to, co jej wydawało się słuszne. A on był jedyną osobą której naprawdę ufałam. I nie potrafię powiedzieć, czemu mimo tego wszystkiego...Mi na nim zależało. Tak bardzo byłam pochłonięta tymi myślami, że w ogóle nie usłyszałam co mówi do mnie rudowłosa.
-...A teraz Luis odprowadzi was obie do pokoju Bonnie. Potem ktoś przyjdzie z wami porozmawiać.-Rzuciła krótko w naszą stronę, po czym podeszła do mnie unosząc mój drżący podbródek i zmuszając tym samym, żebym na nią spojrzała.-Robię to, co jest dla ciebie najlepsze.-Powiedziała patrząc na mnie z czułością.
-Pierdol się!-Rzuciłam krótko a kobieta zesztywniała słysząc te słowa.
-Licz się ze słowami smarkulo.-ostrzegła mnie ale ja tylko zaśmiałam się szaleńczo, między jednym napadem płaczu a drugim.
-Bo co mi zrobisz? Uderzysz mnie?-Spytałam patrząc jej prosto w oczy.
-Chciałam ci tego oszczędzić, ale sama się o to prosisz.-Warknęła wstając. Zauważyłam, że do pokoju wszedł Luis, ale nie odezwał się ani słowem.-Będziesz obecna na egzekucji Camerona.Nie przyjmuję odmowy.-Uśmiechnęła się szeroko i podeszła do Luisa.-Odprowadź je do Bonnie. Upewnij się, że nie mają przy sobie broni.-Skończyła i wyszła. Jakiej kurwa broni? Masakra...
-Chodź mała...-Usłyszałam smutny głos Bonnie. Zarzuciła mi tylko czarną bluzę Cama na moje nagie ramiona i poprowadziła do drzwi.
Salon Bonnie było urządzone w podobny sposób co Caleba. Stojący na szafce telewizor, czerwona kanapa i ciemna drewniana ława. Pod ścianą stała duża rozsuwana szafa z lustrem a na podłodze leżał czerwony puchaty dywan. Usiadłam na nim i oparłam się plecami o kanapę. Wytarłam łzy w za długie rękawy bluzy i zaczęłam wdychać ten znajomy zapach mięty. Drżałam na całym ciele i nawet krzyki  Bonnie z prośbą, żebym przestała na niewiele się tu zdawały.
-Ogarnij się Eva!-usłyszałam w końcu jej zirytowany głos.-Musimy coś wymyślić, rozumiesz? Przeszukali mi mieszkanie, zabrali telefon i laptop. Czyli jesteśmy odcięte od świata...-Zaczęła gadać ale mi nie bardzo chciało się jej słuchać.
-To jest kurwa koniec, rozumiesz?-Spytałam ocierając kolejne łzy.-Chociaż teoretycznie to nie było nawet początku.-Zaśmiałam się sama do siebie a dziewczyna tylko pokręciła głową.
-Nie byłabym tego taka pewna...-Wyjrzała za okno ale zaraz się schowała.-Musisz z nim pogadać.-Spojrzała na mnie i podała chusteczki.
-Margaret mi nie pozwoli...Ona jest psychiczna.-Westchnęłam wycierając nos.
-Sprawia jej radość znęcanie się nad innymi. Jest nienormalna, ale to już nie nasze zmartwienie...
-Jak to nie nasze?-Wpatrywałam się w nią oburzona.-My tu z nią kurwa utknęłyśmy!
-Niekoniecznie...-Zaczęła a ja przekrzywiłam głowę na bok co chyba musiało wydawać jej się niezmiernie śmieszne, bo parsknęła głośno.-Jeśli Xander odbił tamtych, to po swojego brata też przyjdzie. A wtedy nie chciałabym być na miejscu Rady. Trzeba tylko mieć nadzieję, że zdąży.-Przełknęłam ślinę kiedy to powiedziała.-Musisz się z nim spotkać.-nie czekając na odpowiedź podeszła do drzwi i zamieniła kilka słów ze strażnikiem stojącym przed nimi. Odwróciła się do mnie z chytrym uśmieszkiem. Po około dwudziestu minutach drzwi się otworzyły a do środka weszła jakaś czarnowłosa kobieta i spojrzała na mnie ze znudzeniem. W międzyczasie zdążyłam się przebrać w normalne ciuchy, ale nadal miałam na sobie bluzę Cama.
-Czego chciałaś?-Spytała od niechcenia opierając się o futrynę.
-Chcę się spotkać z Cameronem.-Rzuciłam bez cienia grzeczności w głosie. Nie miałam zamiaru się przed nią płaszczyć, co to to na pewno nie. Prychnęła tylko.
-Nie próbuj uciekać.-Rzuciła krótko prowadząc mnie przeróżnymi korytarzami, którymi jeszcze w życiu nie szłam.
Zeszłyśmy chyba do piwnicy, bo nigdzie nie było okien i zrobiło się bardziej duszno. Nie myślałam, że tak szybko się zgodzi, tym bardziej, że w ogóle jej nie znałam. Kobieta wystukała w jednych z bocznych drzwi długi kod, a te po chwili ustąpiły. Moim oczom ukazał się ciemny korytarz oświetlany tylko zwisającymi z sufitu gołymi żarówkami, świecącymi się słabo. Na podłodze nie było płytek, tylko sam beton, podobnie jak na ścianach. Poprawka, na jednej była widoczna bardzo duża czerwona plama, jakby po krwi. Po obu stronach były cele z kratami zamiast ściany. Od razu zrobiło mi się strasznie duszno, poza tym śmierdziało wilgocią.
-Na końcu korytarza. Ale macie mało czasu.-Machnęła ręką i podeszła do stojącego w kącie strażnika. Zamieniła z nim parę słów a on spojrzał na mnie podejrzliwie, ale po chwili kiwnął głową. Kobieta wszyła, trzaskając za sobą drzwiami.
Na końcu wąskiego korytarza w przedostatniej celi zauważyłam Cama siedzącego na podłodze, opartego o wąską pryczę przymocowaną do ściany. Podniósł na mnie wzrok kiedy usiadłam opierając się rękami o zimne kraty, a na jego twarzy zagościł smutny uśmiech.
-Płakałaś...-szepnął po chwili a mi z oczu poleciała samotna łza. Wytarłam ją szybko, ale on i tak zdążył to zauważyć. Wstał i podszedł do mnie siadając na przeciwko mnie. Ręce miał nadal skute kajdankami, ale z przodu, więc nie miał aż tak bardzo ograniczonych ruchów.
-Co teraz będzie?-Spytałam przyglądając się dokładnie jego twarzy. Lewy policzek miał lekko czerwony, prawdopodobnie pamiątka po uderzeniu Margaret.-Nie chcę cie stracić. Ja...Kocham cię...-Wyszeptałam tak cicho, że nie byłam pewna czy to usłyszał.
-Powtórz to...-Odrzekł równie cicho. Westchnęłam głośno.
-Kocham cię. I jeśli wydaje ci się to śmieszne, to...
-Brzmi pięknie, wiesz?-Spytał nie patrząc na mnie.-Dawno nie słyszałem, żeby ktoś to mówił szczerze.I...ja ciebie też kocham.-Podniósł na mnie wzrok a w jego oczach były łzy. Chyba nie chciał, żebym to zobaczyła, bo szybko je wytarł.-Kochałem twoją matkę, ale ciebie kocham bardziej. I szkoda, ze dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę...
-O matko, skończcie, bo rzygam...-Wystraszył mnie odgłos niezadowolenia dochodzący z ostatniej celi.
-Ja przez tyle lat słuchałem ciebie i Hany, to ty teraz też się pomęcz.-Odciął się Cam spoglądając w bok. Caleb tylko westchnął ciężko.-Ale musisz mi obiecać, że nie wymiękniesz, rozumiesz? Będziesz dzielna i nie będziesz więcej płakać, bo Margaret właśnie tego oczekuje.-Popatrzył na mnie z troską w oczach. Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo na korytarz weszło kilku agentów, miedzy innymi moja ciotka.
Starałam się powstrzymać łzy, ale łatwo nie było, zwłaszcza kiedy patrzyłam jak wyprowadzają go z celi kierując się w stronę korytarza głównego. Po kilku minutach byliśmy już przed salą obrad a Margaret spoglądała na mnie z pogardą. Camerona usadzono po lewej stronie sali za dużym stołem. Po obu bokach i za plecami stali agenci pilnujący go. Po prawej na ogromnych krzesłach usiadło pięć osób, w tym moja ciotka, średniego wzrostu Japończyk w czerwonym garniturze, jakiś siwiejący starszy mężczyzna w czarnym płaszczu, dość wysoka brunetka z rozpuszczonymi, długimi włosami w granatowej spódnicy i żakiecie w tym samym kolorze oraz niski blondyn ze sporym brzuchem przed sobą. Ten ostatni miał na sobie ciasny garnitur i okropnie się pocił. Zajęłam małą ławeczkę w trzecim rzędzie, a dookoła usiadło jeszcze kilka osób których w ogóle nie znałam. Myślałam tylko o tym, że prawdopodobnie zaraz go stracę. W ogóle nie zwracałam uwagi na to, co dzieje się na sali. Odpłynęłam i obudziłam się dopiero kiedy rudowłosa kobieta wstała i wziąwszy jakąś kartkę zaczęła czytać uroczyście:
-Rada najwyższa zdecydowała, że Cameron Kordian Parker winny jest zarzucanych mu czynów i skazuje go na śmierć w wyniku rozstrzelania. Egzekucja odbędzie się w dniu dzisiejszym czyli czternastego stycznia dwa tysiące trzynastego roku o godzinie dwunastej. Podpisali się: Chuichi Atasuke, Aleksander Rowlinson, Diana Thomson, Margaret Cox i Mark Stone.-odczekała chwilę i rozejrzała się po sali po drodze napotkawszy moją zdziwioną minę.
Właściwie nie wiem, czemu byłam zaskoczona. Ale nie miałam już siły płakać. A jemu chyba wydawało się już wszystko jedno, bo nawet na mnie nie spojrzał kiedy go wyprowadzali. Przed salą czekała zmartwiona Bonnie, więc kiedy tylko wyszłam uściskała mnie mocno.
-Co z Calebem?-przypomniałam sobie w końcu o blondynie. Odsunęłam się trochę od dziewczyny i zaczęłyśmy iść w stronę jej mieszkania.
-Przesłuchiwali mnie, ale powiedziałam, że nic nie wiem. A Caleb będzie miał oddzielny proces i zajmą się tym pewnie dopiero po skończeniu sprawy z Camem.-Zacisnęła usta w wąską kreskę.
Siedziałam w małym salonie i myślałam nad ostatnimi wydarzeniami. Bonnie próbowała mnie czymś zająć, ale nie bardzo jej się to udawało. Ciągle poruszała jakiś temat w ogóle nie związany z agencją ale dla mnie wszystko sprowadzało się do jednego: Camerona. Łzy co jakiś czas spływały po moich policzkach, chociaż starałam się nie płakać. Ale lepiej, żebym robiła to teraz niż potem. Nawet nie zauważyłam kiedy w drzwiach pojawił się Luis i powiadomił, że musimy się zbierać. Wstałam i wolno zaczęłam iść za Bonnie. Swoją drogą Luis też nie wyglądał najlepiej i chyba trochę się przejął tym wszystkim. Weszliśmy na sale jako ostatni i usiedliśmy na krzesłach pod ścianą. Z przodu na podwyższeniu siedzieli członkowie rady a obok kilkanaście osób z których prawie nikogo nie znałam. Wszyscy wpatrywali się w to, co działo się w pomieszczeniu za lustrem Weneckim. Byłam myślami tak daleko, że pewnie nawet nie zauważyłabym że wprowadzają tam Cama, gdyby nie Bonnie która z przejęcia mocniej ścisnęła moją dłoń. Dziewczyna powstrzymywała łzy. Swoją drogą przecież była agentką. Nie powinna tak przejmować się jego śmiercią. Blondynka wyjęła telefon i dyskretnie sprawdziła, która godzina. Spojrzałam na wyświetlacz. Równo południe. Jakiś mężczyzna w kominiarce stanął na przeciwko Camerona. Nie słyszałam, co mówi ale po chwili Parker klęczał już przed nim z przymkniętymi oczyma i skutymi z przodu rękoma. Kiedy zobaczyłam broń wycelowaną w głowę czarnookiego, natychmiast zamknęłam oczy. Nie chciałam tego widzieć. Wzięłam głęboki oddech. I usłyszałam strzał.   

Długo się zastanawiałam, czyje zdjęcie powinno znaleźć się pod rozdziałem, ale na tym Cam (Tom) wygląda tak idealnie, że musiałam je dać :D Spodziewałyście się takiego zakończenia? ja też nie :P Kto jedzie ze mną wpierdzielić Margaret za to że taka z niej świnia? Biedny Cami...po tym rozdziale przepłaczę całą noc. Może znajdziemy Evie kogoś młodszego? Piszcie propozycje, bo liczę na wasze komentarze :) Co do waszych blogów przepraszam za wszelkie zaległe rozdziały których jeszcze nie skomciałam, ale nadrobię lada dzień :)
PS. Ponieważ wiem, że nie wszystkie czytelniczki czytały bloga od początku, dlatego odsyłam tutaj gdzie jest wyjaśniona sprawa kary śmierci w agencji. polecam zajrzeć, to powinno nieco wyjaśnić. 
 Pozdrawiam :*
Sekretna