Po wczorajszych zajęciach z których
wróciłam prawie po północy, byłam padnięta. Dlatego też nie
sposób jest opisać moje oburzenie kiedy przed szóstą rano jacyś
ludzie wpadli do mieszkania Caleba z bronią w ręku. Przestraszona
przysunęłam się bliżej Bonnie która już zdążyła wziąć do
ręki pistolet. Naliczyłam dziewięcioro ludzi ubranych w czarne
stroje z kominiarkami na głowach. Wszyscy trzymali broń wycelowaną
w Camerona i Caleba. Ci podnieśli się zdezorientowani do pozycji
siedzącej, rozglądając się po pomieszczeniu. Popatrzyłam przelotnie na Parkera. Nie był wystraszony
tylko bardziej...zaskoczony. To chyba dobre określenie.
-Klęknijcie w rozkroku i ręce na
plecy.-Usłyszałam stanowczy głos mojej ciotki, która weszła do
salonu ubrana w taki sam czarny kombinezon jak pozostali agenci,
tyle, że nie miała kominiarki.-I nie próbujcie żadnych sztuczek,
to nikomu nie stanie się krzywda.-Mówiła władczo w stronę
chłopaków. Cam posłusznie dał się skuć jednemu z agentów
-O co znowu chodzi?-Spytał zirytowany Caleb stając twarzą w twarz z
Margaret, ale zaraz dwóch mężczyzn powaliło go na ziemię.
-Dzisiaj w nocy z tajnego więzienia
agencji uciekli Amir Al-kadi, Tristan Keynes, Trevor Hael i Nicholas
Bell, porywając przy tym jedną ze strażniczek, Kasandrę Thomson.
Siostrę Diany Thomson, naczelnika tego więzienia. I tak się
składa, że to właśnie twój braciszek pomógł im zwiać.-Kobieta
uśmiechnęła się i spojrzała na Cama z wyższością. Ten tylko
przewrócił oczami.
-A co niby my mamy z tym wspólnego,
jak nas tam nawet kurwa nie było?!- Rzucił wściekle w jej stronę,
aż rudowłosa się odsunęła.
-A to skarbie, że tylko Caleb i ja
wiemy, gdzie to więzienie się znajduje, więc oczywiste jest, ze to
on pokierował tam Xandera. -Pokazała palcem na blondyna, po czym
skierowała wzrok na Parkera.-A ty nielegalnie opuściłeś
zakład karny co jest równoznaczne z ucieczką.-Uśmiechnęła się
złowrogo.
-Co ty pierdolisz?-Teraz już prawie
krzyczał patrząc na nią z taką nienawiścią, jakby chciał się
zaraz na nią rzucić.-Sama zaproponowałaś, żebym przyjechał, bo
Eva nie była bezpieczna kiedy kręcił się tu ten morderca! Ty
jesteś chora!-Kobieta słysząc to spoliczkowała go i sądząc po
hałasie jaki temu towarzyszył, mogłam przypuszczać że musiało
zaboleć.
-Owszem, proponowałam to zanim
zorientowałam się jak ją wykorzystujesz!-krzyknęła do niego
wściekła zerkając na mnie.-A przecież oboje wiemy, że ten związek
nie miałby przyszłości zważywszy na to, że całe życie spędzisz
za kratkami. A ona już niedługo zostanie agentką której zadaniem będzie tępić takich zwyrodnialców ja ty. Więc prędzej czy później musiałbyś złamać jej
serce, rozstając się z nią.-Przerwała na chwile i spojrzała w
moje załzawione oczy. Zastanawiałam się, co takiego strzeliło do głowy tej kobiecie. Bonnie obejmowała mnie a ja dopiero teraz
zdałam sobie sprawę, ze płaczę.-Jakieś życzenia?-Spytała go z
nutką współczucia w głosie. Naprawdę zaczynałam nienawidzić tej
kobiety.
-Szybka śmierć.-Chłopak odwrócił
głowę w moją stronę i posłał mi smutne spojrzenie, po czym
posłusznie dał się wyprowadzić z mieszkania.
Dopiero kiedy wszyscy wyszli i w
mieszkaniu zostałam tylko ja, Bonnie i Margaret, rozpłakałam się
na dobre. To wszystko przeze mnie. To dla mnie tu przyjechał
ryzykując życie, więc to przeze mnie teraz go zabiją. Miałam
ochotę wykrzyczeć mojej pojebanej ciotce, jak bardzo jej
nienawidzę. Ona nic nie rozumiała, robiła to, co jej wydawało się
słuszne. A on był jedyną osobą której naprawdę ufałam. I nie
potrafię powiedzieć, czemu mimo tego wszystkiego...Mi na nim
zależało. Tak bardzo byłam pochłonięta tymi myślami, że w
ogóle nie usłyszałam co mówi do mnie rudowłosa.
-...A teraz Luis odprowadzi was obie do
pokoju Bonnie. Potem ktoś przyjdzie z wami porozmawiać.-Rzuciła krótko w naszą stronę, po czym podeszła do mnie unosząc mój
drżący podbródek i zmuszając tym samym, żebym na nią
spojrzała.-Robię to, co jest dla ciebie najlepsze.-Powiedziała
patrząc na mnie z czułością.
-Pierdol się!-Rzuciłam krótko a
kobieta zesztywniała słysząc te słowa.
-Licz się ze słowami
smarkulo.-ostrzegła mnie ale ja tylko zaśmiałam się szaleńczo,
między jednym napadem płaczu a drugim.
-Bo co mi zrobisz? Uderzysz
mnie?-Spytałam patrząc jej prosto w oczy.
-Chciałam ci tego oszczędzić, ale
sama się o to prosisz.-Warknęła wstając. Zauważyłam, że do
pokoju wszedł Luis, ale nie odezwał się ani słowem.-Będziesz
obecna na egzekucji Camerona.Nie przyjmuję odmowy.-Uśmiechnęła
się szeroko i podeszła do Luisa.-Odprowadź je do Bonnie. Upewnij
się, że nie mają przy sobie broni.-Skończyła i wyszła. Jakiej
kurwa broni? Masakra...
-Chodź mała...-Usłyszałam smutny
głos Bonnie. Zarzuciła mi tylko czarną bluzę Cama na moje nagie
ramiona i poprowadziła do drzwi.
Salon Bonnie było urządzone w
podobny sposób co Caleba. Stojący na szafce telewizor, czerwona
kanapa i ciemna drewniana ława. Pod ścianą stała duża rozsuwana
szafa z lustrem a na podłodze leżał czerwony puchaty dywan.
Usiadłam na nim i oparłam się plecami o kanapę. Wytarłam łzy w
za długie rękawy bluzy i zaczęłam wdychać ten znajomy zapach
mięty. Drżałam na całym ciele i nawet krzyki Bonnie z
prośbą, żebym przestała na niewiele się tu zdawały.
-Ogarnij się Eva!-usłyszałam w końcu
jej zirytowany głos.-Musimy coś wymyślić, rozumiesz? Przeszukali
mi mieszkanie, zabrali telefon i laptop. Czyli jesteśmy odcięte od
świata...-Zaczęła gadać ale mi nie bardzo chciało się jej
słuchać.
-To jest kurwa koniec,
rozumiesz?-Spytałam ocierając kolejne łzy.-Chociaż teoretycznie
to nie było nawet początku.-Zaśmiałam się sama do siebie a
dziewczyna tylko pokręciła głową.
-Nie byłabym tego taka
pewna...-Wyjrzała za okno ale zaraz się schowała.-Musisz z nim
pogadać.-Spojrzała na mnie i podała chusteczki.
-Margaret mi nie pozwoli...Ona jest
psychiczna.-Westchnęłam wycierając nos.
-Sprawia jej radość znęcanie się nad
innymi. Jest nienormalna, ale to już nie nasze zmartwienie...
-Jak to nie nasze?-Wpatrywałam się w
nią oburzona.-My tu z nią kurwa utknęłyśmy!
-Niekoniecznie...-Zaczęła a ja
przekrzywiłam głowę na bok co chyba musiało wydawać jej się niezmiernie śmieszne, bo parsknęła głośno.-Jeśli Xander odbił
tamtych, to po swojego brata też przyjdzie. A wtedy nie chciałabym
być na miejscu Rady. Trzeba tylko mieć nadzieję, że
zdąży.-Przełknęłam ślinę kiedy to powiedziała.-Musisz się z
nim spotkać.-nie czekając na odpowiedź podeszła do drzwi i
zamieniła kilka słów ze strażnikiem stojącym przed nimi.
Odwróciła się do mnie z chytrym uśmieszkiem. Po około dwudziestu
minutach drzwi się otworzyły a do środka weszła jakaś
czarnowłosa kobieta i spojrzała na mnie ze znudzeniem. W
międzyczasie zdążyłam się przebrać w normalne ciuchy, ale nadal
miałam na sobie bluzę Cama.
-Czego chciałaś?-Spytała od
niechcenia opierając się o futrynę.
-Chcę się spotkać z Cameronem.-Rzuciłam
bez cienia grzeczności w głosie. Nie miałam zamiaru się przed nią
płaszczyć, co to to na pewno nie. Prychnęła tylko.
-Nie próbuj uciekać.-Rzuciła krótko
prowadząc mnie przeróżnymi korytarzami, którymi jeszcze w życiu
nie szłam.
Zeszłyśmy chyba do piwnicy, bo
nigdzie nie było okien i zrobiło się bardziej duszno. Nie
myślałam, że tak szybko się zgodzi, tym bardziej, że w ogóle jej
nie znałam. Kobieta wystukała w jednych z bocznych drzwi długi
kod, a te po chwili ustąpiły. Moim oczom ukazał się ciemny
korytarz oświetlany tylko zwisającymi z sufitu gołymi żarówkami,
świecącymi się słabo. Na podłodze nie było płytek, tylko sam
beton, podobnie jak na ścianach. Poprawka, na jednej była widoczna
bardzo duża czerwona plama, jakby po krwi. Po obu stronach były
cele z kratami zamiast ściany. Od razu zrobiło mi się strasznie
duszno, poza tym śmierdziało wilgocią.
-Na końcu korytarza. Ale macie mało czasu.-Machnęła ręką i podeszła do stojącego w kącie strażnika.
Zamieniła z nim parę słów a on spojrzał na mnie podejrzliwie,
ale po chwili kiwnął głową. Kobieta wszyła, trzaskając za sobą
drzwiami.
Na końcu wąskiego korytarza w
przedostatniej celi zauważyłam Cama siedzącego na podłodze, opartego o wąską pryczę przymocowaną do ściany. Podniósł na
mnie wzrok kiedy usiadłam opierając się rękami o zimne kraty, a na
jego twarzy zagościł smutny uśmiech.
-Płakałaś...-szepnął po chwili a
mi z oczu poleciała samotna łza. Wytarłam ją szybko, ale on i tak
zdążył to zauważyć. Wstał i podszedł do mnie siadając na
przeciwko mnie. Ręce miał nadal skute kajdankami, ale z przodu,
więc nie miał aż tak bardzo ograniczonych ruchów.
-Co teraz będzie?-Spytałam
przyglądając się dokładnie jego twarzy. Lewy policzek miał lekko
czerwony, prawdopodobnie pamiątka po uderzeniu Margaret.-Nie chcę
cie stracić. Ja...Kocham cię...-Wyszeptałam tak cicho, że nie
byłam pewna czy to usłyszał.
-Powtórz to...-Odrzekł równie cicho.
Westchnęłam głośno.
-Kocham cię. I jeśli wydaje ci się
to śmieszne, to...
-Brzmi pięknie, wiesz?-Spytał nie
patrząc na mnie.-Dawno nie słyszałem, żeby ktoś to mówił
szczerze.I...ja ciebie też kocham.-Podniósł na mnie wzrok a w jego
oczach były łzy. Chyba nie chciał, żebym to zobaczyła, bo szybko
je wytarł.-Kochałem twoją matkę, ale ciebie kocham bardziej. I
szkoda, ze dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę...
-O matko, skończcie, bo rzygam...-Wystraszył mnie odgłos niezadowolenia dochodzący z
ostatniej celi.
-Ja przez tyle lat słuchałem ciebie i
Hany, to ty teraz też się pomęcz.-Odciął się Cam spoglądając w
bok. Caleb tylko westchnął ciężko.-Ale musisz mi obiecać, że nie
wymiękniesz, rozumiesz? Będziesz dzielna i nie będziesz więcej
płakać, bo Margaret właśnie tego oczekuje.-Popatrzył na mnie z
troską w oczach. Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo na korytarz
weszło kilku agentów, miedzy innymi moja ciotka.
Starałam się powstrzymać łzy, ale
łatwo nie było, zwłaszcza kiedy patrzyłam jak wyprowadzają go z
celi kierując się w stronę korytarza głównego. Po kilku minutach
byliśmy już przed salą obrad a Margaret spoglądała na mnie z
pogardą. Camerona usadzono po lewej stronie sali za dużym stołem.
Po obu bokach i za plecami stali agenci pilnujący go. Po prawej na
ogromnych krzesłach usiadło pięć osób, w tym moja ciotka,
średniego wzrostu Japończyk w czerwonym garniturze, jakiś
siwiejący starszy mężczyzna w czarnym płaszczu, dość wysoka
brunetka z rozpuszczonymi, długimi włosami w granatowej spódnicy i
żakiecie w tym samym kolorze oraz niski blondyn ze sporym brzuchem
przed sobą. Ten ostatni miał na sobie ciasny garnitur i okropnie
się pocił. Zajęłam małą ławeczkę w trzecim rzędzie, a
dookoła usiadło jeszcze kilka osób których w ogóle nie znałam.
Myślałam tylko o tym, że prawdopodobnie zaraz go stracę. W ogóle
nie zwracałam uwagi na to, co dzieje się na sali. Odpłynęłam i
obudziłam się dopiero kiedy rudowłosa kobieta wstała i wziąwszy
jakąś kartkę zaczęła czytać uroczyście:
-Rada najwyższa zdecydowała, że
Cameron Kordian Parker winny jest zarzucanych mu czynów i skazuje go
na śmierć w wyniku rozstrzelania. Egzekucja odbędzie się w dniu
dzisiejszym czyli czternastego stycznia dwa tysiące trzynastego roku
o godzinie dwunastej. Podpisali się: Chuichi Atasuke, Aleksander
Rowlinson, Diana Thomson, Margaret Cox i Mark Stone.-odczekała
chwilę i rozejrzała się po sali po drodze napotkawszy moją
zdziwioną minę.
Właściwie nie wiem, czemu byłam
zaskoczona. Ale nie miałam
już siły płakać. A jemu chyba wydawało się już wszystko jedno,
bo nawet na mnie nie spojrzał kiedy go wyprowadzali. Przed salą
czekała zmartwiona Bonnie, więc kiedy tylko wyszłam uściskała
mnie mocno.
-Co z Calebem?-przypomniałam sobie w
końcu o blondynie. Odsunęłam się trochę od dziewczyny i
zaczęłyśmy iść w stronę jej mieszkania.
-Przesłuchiwali mnie, ale
powiedziałam, że nic nie wiem. A Caleb będzie miał oddzielny
proces i zajmą się tym pewnie dopiero po skończeniu sprawy z
Camem.-Zacisnęła usta w wąską kreskę.
Siedziałam w małym salonie i myślałam
nad ostatnimi wydarzeniami. Bonnie próbowała mnie czymś zająć,
ale nie bardzo jej się to udawało. Ciągle poruszała jakiś temat
w ogóle nie związany z agencją ale dla mnie wszystko sprowadzało
się do jednego: Camerona. Łzy co jakiś czas spływały po moich
policzkach, chociaż starałam się nie płakać. Ale lepiej, żebym
robiła to teraz niż potem. Nawet nie zauważyłam kiedy w drzwiach
pojawił się Luis i powiadomił, że musimy się zbierać. Wstałam
i wolno zaczęłam iść za Bonnie. Swoją drogą Luis też nie
wyglądał najlepiej i chyba trochę się przejął tym wszystkim.
Weszliśmy na sale jako ostatni i usiedliśmy na krzesłach pod
ścianą. Z przodu na podwyższeniu siedzieli członkowie rady a obok
kilkanaście osób z których prawie nikogo nie znałam. Wszyscy
wpatrywali się w to, co działo się w pomieszczeniu za lustrem
Weneckim. Byłam myślami tak daleko, że pewnie nawet nie
zauważyłabym że wprowadzają tam Cama, gdyby nie Bonnie która z
przejęcia mocniej ścisnęła moją dłoń. Dziewczyna
powstrzymywała łzy. Swoją drogą przecież była agentką. Nie
powinna tak przejmować się jego śmiercią. Blondynka wyjęła
telefon i dyskretnie sprawdziła, która godzina. Spojrzałam na
wyświetlacz. Równo południe. Jakiś mężczyzna w kominiarce
stanął na przeciwko Camerona. Nie słyszałam, co mówi ale po
chwili Parker klęczał już przed nim z przymkniętymi oczyma i
skutymi z przodu rękoma. Kiedy zobaczyłam broń wycelowaną w głowę
czarnookiego, natychmiast zamknęłam oczy. Nie chciałam tego
widzieć. Wzięłam głęboki oddech. I usłyszałam strzał.
Długo się zastanawiałam, czyje zdjęcie powinno znaleźć się pod rozdziałem, ale na tym Cam (Tom) wygląda tak idealnie, że musiałam je dać :D Spodziewałyście się takiego zakończenia? ja też nie :P Kto jedzie ze mną wpierdzielić Margaret za to że taka z niej świnia? Biedny Cami...po tym rozdziale przepłaczę całą noc. Może znajdziemy Evie kogoś młodszego? Piszcie propozycje, bo liczę na wasze komentarze :) Co do waszych blogów przepraszam za wszelkie zaległe rozdziały których jeszcze nie skomciałam, ale nadrobię lada dzień :)
PS. Ponieważ wiem, że nie wszystkie czytelniczki czytały bloga od początku, dlatego odsyłam tutaj gdzie jest wyjaśniona sprawa kary śmierci w agencji. polecam zajrzeć, to powinno nieco wyjaśnić.
Pozdrawiam :*
Sekretna
